Okres ochrony ryb – kiedy łowić, a kiedy odpuścić?

StrumykSportWędkarstwoOkres ochrony ryb - kiedy łowić, a kiedy odpuścić?

Kalendarz wędkarski to nie tylko odliczanie do kolejnego wypadu, lecz pełna zwrotów akcji opowieść o tarle i przepisach. Jednego dnia zestaw ląduje w szafie, by pozwolić szczupakowi dokończyć taniec godowy, innego trzeba wypuścić olbrzymiego sandacza, bo prawo chroni jego geny. Złapanie rytmu tych zakazów oznacza nie tylko brak mandatu w portfelu, ale też realny wkład w zdrowie polskich wód i emocje na haczyku w kolejnych sezonach.

Dlaczego przerwa w połowach ratuje tarło?

Pierwszy kontakt większości wędkarzy z tematem ochrony przypada właśnie na przymusową przerwę w połowach, która zwykle startuje w chwili, gdy ryby szykują się do tarła. Ustawodawca wykorzystuje ten moment, bo złowiona w tracie „godów” samica mogłaby utracić ikrę, a samiec nie zdążyłby zapłodnić jaj, co zmniejszałoby przyszłoroczny narybek. Wprowadzenie kalendarzowych zakazów sprawia więc, że najcenniejsze dla ekosystemu osobniki mają spokój potrzebny na złożenie i zapłodnienie ikry. Bez tej ciszy populacja wielu gatunków skurczyłaby się szybciej, niż zdołalibyśmy ją odbudować przez zarybienia.

Drugi powód to ochrona samego środowiska tarlisk. Buszujący po dnie wędkarze – zwłaszcza brodzący spinningiści – mogą dosłownie wdepnąć w gniazda ikrowe lub zmyć je prądem wody po przepłynięciu łodzią. Okresy ochronne wyłączają z użytku całe akweny, dzięki czemu woda uspokaja się, opada zawiesina i ryby mają większą szansę, że ich ikra przyklei się do żwirowego dna. Dodatkowo stanowi zmniejszenie stresu w stadach – ryba, która nie musi uciekać przed haczykiem, zużywa mniej energii na obronę i szybciej wraca do formy po tarle.

Różnice w terminach ochronnych dla wód śródlądowych i morskich

Jeśli ktoś łowi zarówno w rzece, jak i nad morzem, szybko zauważy, że kalendarz zamkniętych miesięcy nie zawsze się pokrywa. Powód jest prosty, ryby morskie tarły odbywają w innym czasie niż gatunki słodkowodne, a w dodatku Bałtyk ma inne warunki termiczne niż mazurskie jezioro. Przykładowo sandacz z jezior ma zakaz od marca do końca maja, ale dorsz w Bałtyku był chroniony zimą, gdy ikra unosi się w słonawych warstwach wody. Każda strefa klimatyczna, głębokość i słoność przesuwają więc daty w kalendarzu.

Warto pamiętać, że granica „wody śródlądowej” kończy się nieco wcześniej, niż wielu sądzi – już w ujęściu rzeki do portu głębokowodnego zaczyna się „woda morska”, a tam obowiązuje kodeks morski, nie regulamin PZW. Dlatego wędkarz pstrągowy, który przeniesie się z ujścia Parsęty na plażę, wchodzi w inne przepisy, nawet jeśli łowi dokładnie tę samą troć. Dobrze jest więc mieć w telefonie dwa osobne rozporządzenia i przed każdym wyjściem nad wodę sprawdzić, która jurysdykcja akurat rządzi wędką.

Najdłużej chronione gatunki ryb

Nie wszystkie ryby potrzebują identycznego „urlopu”. Rekordzistą jest sum, którego sezon ochronny potrafi trwać od listopada aż do końca czerwca – czyli praktycznie trzy czwarte roku. Powód? U tego potwora polskich wód dojrzewanie ikry ciągnie się długo, a w dodatku samce pilnują gniazda jeszcze po złożeniu jaj. Analogicznie brzana ma pauzę od stycznia do lipca, bo jej tarło przesuwa się wraz z ciepłymi wiosennymi deszczami, dopiero gdy woda przekroczy 15 °C, rusza na płycizny, więc zakaz musi „zakryć” cały wachlarz wahań temperatury.

Troć jeziorowa i wędrowna to inna historia, ochrona zaczyna się jesienią (wrzesień) i kończy w sercu zimy (styczeń). Ryba wędruje wtedy do rzek, żeby złożyć ikrę na żwirowym podłożu, a lodowate spływy potrafią ją przytrzymać w dopływach na parę kolejnych tygodni. Długi zakaz zapewnia, że zdąży zejść z tarlisk i wrócić do jeziora lub morza. Tak skrojony kalendarz pozwala chronić nie tylko sam moment składania jaj, ale i męczący okres powrotu, kiedy wycieńczona ryba jest szczególnie podatna na złowienie.

Kiedy wolno łowić szczupak i sandacza?

Szczupak otwiera wędkarski sezon emocji, ale tylko wtedy, gdy kalendarz daje zielone światło. W większości rzek i jezior jego okres ochronny trwa od 1 marca do 30 kwietnia, natomiast na zbiornikach zaporowych startuje już 1 stycznia. Te dodatkowe dwa miesiące ciszy wynikają z chłodniejszej, głębszej wody – ryby później wchodzą w tarło, więc muszą dostać więcej czasu na rozmnażanie. Gdy zegar wybije 1 maja, wielu spinningistów przegryza zęby z ekscytacji, a sklepy z woblerami świecą pustkami.

Sandacz jest nieco późniejszy i broni się zakazem od 1 marca do 31 maja. Ten drapieżnik składa ikrę w płytszych zatokach, które dopiero wiosną łapią właściwą temperaturę. W praktyce otwarcie sezonu sandaczowego zbiega się więc z początkiem wakacyjnych wypadów, a udany czerwcowy wieczór potrafi wynagrodzić całą wiosenną abstynencję. Warto wiedzieć, że niektóre okręgi PZW wydłużają okres ochronny do 31 maja także dla szczupaka lub przesuwają start sandacza na 1 czerwca – dlatego przed wyjazdem zawsze sprawdź lokalne zezwolenie, żeby uniknąć przykrej rozmowy z SSR.

Typowe kalendarze:

  • Szczupak: 1.01–30.04 na zaporówkach, 1.03–30.04 w pozostałych wodach.
  • Sandacz: 1.03–31.05 (w wielu okręgach 1.01–31.05).

Otwarcie sezonu często towarzyszy wzrostowi popytu na stalowe przypony, tłumom nad trzcinowiskami oraz gorącej dyskusji o catch&release.

Krótsze okresy ochronne dla bolenia, lipienia, świnki

Boleń kojarzy się z widowiskowymi atakami przy powierzchni, ale od 1 stycznia do 30 kwietnia robimy mu miejsce na tarło. Zakaz obejmuje cztery miesiące, dzięki czemu młode osobniki zdążą opuścić płycizny zanim surferzy trollingowi wrócą na rzekę. Poza sezonem ochronnym boleń staje się ulubieńcem fanów wędek z drobnymi, srebrnymi woblerami, dlatego krótkie wiosenne embargo jest podstawą do utrzymania zdrowej populacji.

Lipień i świnka dzielą scenę na mniejszych, górskich odcinkach rzek. Lipień odpoczywa od 1 marca do 31 maja, a świnka od 1 stycznia do 15 maja, choć lokalne uchwały potrafią dodać lub ująć tydzień w zależności od temperatury wody. Ryby te potrzebują kryształowo czystego żwiru, więc wiosenna pauza chroni nie tylko ikrę, lecz także delikatne dno koryta. Dla wędkarza oznacza to, że początek sezonu przypada na późną wiosnę, kiedy rzeka opada po roztopach, a owady robią pierwsze rójki – idealny moment na suchą muchę lub mały spinning.

Zmienne regulacje w zależności od okręgu PZW

Od 2020 roku prawo pozostawiło okręgom PZW szerokie pole manewru w ustalaniu własnych okresów ochronnych i wymiarów ryb. Dzięki temu wędkarz z Opola może mieć zupełnie inne daty zakazu niż kolega z Gdańska, nawet jeśli łowią ten sam gatunek. Celem jest dostosowanie przepisów do lokalnego klimatu, presji połowowej i kondycji stada – w Odrze sandacz zaczyna tarło wcześniej niż w Mazurskich jeziorach, więc okręg może wprowadzić restrykcje już z początkiem stycznia.

W praktyce oznacza to, że:

  • zawsze miej w telefonie aktualne zezwolenie okręgu, który zarządza danym akwenem,
  • nie zakładaj, że poprzedni rok równa się bieżącemu, uchwały potrafią zmieniać limity i wymiary co sezon,
  • sprawdzaj tablice informacyjne na łowiskach, czasem okręgi wprowadzają czasowe zakazy związane z niskim stanem wody albo powodzią.

Takie „łatające” regulacje potrafią irytować, ale to jedyny sposób, by drapieżnik miał tarło w spokoju, a wędkarz wciąż miał co łowić następnego lata. Warto więc zaakceptować lokalne różnice i traktować je jako bilet wstępu do bardziej zrównoważonego wędkarstwa.

Wymiary ochronne a okres ochronny

Okres ochronny mówi: „kiedy nie wolno łowić”, a wymiar ochronny dodaje: „których ryb nie wolno zatrzymać”. Ten duet działa jak podwójny zamek do sejfu z narybkiem. Jeśli szczupak ma wolne od marca do końca kwietnia, a potem nadal nie osiąga 50 cm, wędkarz musi go wypuścić. Dzięki temu gatunek zyskuje czas na rozmnożenie i zdąży kilka sezonów tuczyć się w trzcinach, zanim trafi na patelnię czy do siatki.

Druga część układanki to ochrona największych matek. Coraz więcej okręgów dorzuca maksymalny wymiar ochronny – np. sandacz powyżej 80 cm jedzie z powrotem do wody, bo produkuje najwięcej ikry. Takie ryby są żywym kapitałem jeziora, a pozostawienie ich w środowisku podnosi klasę rocznika młodych sztuk. Efekt? Bardziej stabilny ekosystem i większa szansa na rekordową rybę dla kolejnego pokolenia wędkarzy.

Jak sprawdzić aktualne terminy przed wyprawą?

Przepisy potrafią zmieniać się z roku na rok, dlatego łowienie „z pamięci” to proszenie się o kłopoty. Najpewniejsze źródło to zezwolenie wydane przez twój okręg PZW – pdf z pieczątką to biblia, w której znajdziesz kalendarz zakazów, wymiary ochronne i limity dobowych połowów. Warto pobrać świeżą wersję co sezon, bo jedna uchwała potrafi zrewolucjonizować cały plan majówki.

Coraz popularniejsze stają się aplikacje mobilne, które podpowiadają okresy ochronne dla lokalizacji z GPS i sygnalizują „czerwoną kartkę” tuż przed wypłynięciem na wodę. Do tego dochodzą tablice informacyjne na łowiskach, zwłaszcza tam, gdzie wprowadzono czasowe zakazy związane z niskim stanem wody czy remontem zapory. Zanim zarzucisz zestaw, rzuć okiem na te trzy źródła – zaoszczędzisz sobie stresu i pokażesz, że traktujesz hobby odpowiedzialnie.

Gdzie zakaz zmienia się co kilka kilometrów?

Przepisy bywają jak patchwork – ogólne ramy ustala rozporządzenie, ale lokalne władze mogą wszyć łatkę w konkretnym miejscu. Klasyczny przykład to certa w Wiśle – powyżej zapory we Włocławku obowiązuje zakaz od 1 stycznia do 30 czerwca, lecz na odcinku do ujścia w morze – od 1 września do 30 listopada. Efekt? Wędkarz łowiący 10 km w górę rzeki funkcjonuje już w innej rzeczywistości niż kolega bliżej Bałtyku.

Podobnie z łososiem i trocią w portach morskich – jesienią nie wolno ich łowić w pasie 4 Mm od brzegu, ale gdy wypłyniesz dalej lub zmienisz port, kalendarz potrafi wyglądać inaczej. Ta „plastyczność” przepisów pozwala chronić wędrujące stada dokładnie tam, gdzie aktualnie są najbardziej narażone, a jednocześnie oddaje wędkarzom część sezonu w mniej wrażliwych rejonach. Klucz to sprawdzać mapy i daty przed każdą wyprawą, bo granica strefy ochronnej często biegnie niewidoczną linią po wodzie.

Konsekwencje łamania okresów ochronnych

Przyłapanie na łowieniu w czasie zakazu to nie drobnostka, tylko realne ryzyko mandatu sięgającego kilku tysięcy złotych. Straż rybacka może konfiskować sprzęt, a okręg PZW ma prawo zawiesić lub całkiem anulować zezwolenie. Recydywiści dostają nawet zakaz wędkowania na rok – i to w całej Polsce, bo informacja wędruje między okręgami.

Kary finansowe to jedno, ale nieprzestrzeganie regulaminu psuje też reputację w środowisku. Wędkarze są społecznością, która szybko wyłapuje „piratów”, a czarna lista na lokalnym forum potrafi boleć równie mocno jak portfel. Dodajmy, że inspekcja wodna coraz częściej korzysta z dronów i fotopułapek, złamanie prawa w erze kamer to sport wysokiego ryzyka. Lepiej więc zainwestować pięć minut w lekturę regulaminu niż tysiąc złotych na mandat i nowy kołowrotek.

Warto przeczytać

Podobne artykuły