Weekend nie musi oznaczać dalekiej wyprawy ani grubego portfela. Polska skrywa tyle kontrastów, że w dwa-trzy dni da się posmakować morskiej bryzy, wspiąć na górski szczyt, zanurzyć w ciszy podlaskiej puszczy czy gubić się w industrialnym labiryncie cegieł. Ten przewodnik zbiera piętnaście pomysłów rozrzuconych od Bałtyku po Bieszczady, dzięki którym żaden kalendarz nie zostanie pusty z dopiskiem „nudny weekend”.
Trójmiejska przygoda między brukiem a falami
Historyczny Gdańsk, surferski Sopot i morska Gdynia tworzą trio, które potrafi zauroczyć w jeden weekend. Pierwszy dzień warto zacząć od niespiesznego spaceru Długim Targiem – kolorowe kamienice, Fontanna Neptuna i monumentalna Bazylika Mariacka wprawią w odpowiedni nadmorski nastrój. Dalej krótki skok na Westerplatte przypomni o morskich korzeniach miasta, a zachód słońca nad Motławą, oglądany sprzed średniowiecznego Żurawia, zamknie dzień w filmowym stylu. Następnego ranka kurs na Sopot – najdłuższe drewniane molo w Europie, zapach gofrów i wieczorne koncerty przy plaży sprawiają, że trudno tu nie zwolnić tempa.
Czas na Gdynię. Nowoczesne muzea, modernistyczna architektura i świeży bałtycki wiatr robią świetny kontrast do gdańskiej starówki.
Drugiego dnia warto:
- zajrzeć na pokład niszczyciela ORP „Błyskawica”,
- wpaść do Akwarium Gdyńskiego,
- a na deser podejść na Kamienną Górę po widok na zatokę.
Kiedy dzień chyli się ku końcowi, bulwar nadmorski zamienia się w otwarty salon spacerowy – idealne miejsce, by przetestować fish-and-chips z food-trucka i nacieszyć się wieczornym gwarantem – koncertem mew.
Królewski Kraków w towarzystwie soli i jurajskich skał
Kraków łączy królewskie legendy z bohemią Kazimierza i smakami obwarzanka – weekend tu mija szybciej, niż zdążysz policzyć gołębie na Rynku. Piątkowy start? Zamek Królewski na Wawelu – komnaty, katedra i smok ziejący ogniem zachwycą dorosłych równie mocno jak najmłodszych. Dalej Droga Królewska prowadzi przez Sukiennice i Kościół Mariacki aż pod Barbakan, a wieczór kończy się w kazimierskich knajpkach pachnących zapiekaną chałką z serem. Następnego dnia warto złapać łódkę na krótki rejs Wisłą – spojrzenie na miasto z pokładu to zupełnie inna bajka.
Jeśli nogi proszą o zmianę scenerii, Małopolska ma weekendowe asy w rękawie:
- Kopalnia Soli w Wieliczce – podziemne komory i solne żyrandole niczym z baśni,
- Ojcowski Park Narodowy – wapienne ostańce, Zamek w Pieskowej Skale i słynna Maczuga Herkulesa,
- Dolinki Krakowskie – szybki wypad na rower albo piknik z widokiem na soczyście zielone skały.
Wieczorem wróć do miasta na lody z naturalnego mleka koziego na Placu Nowym – to słodkie zwieńczenie krakowskiej przygody.
Wrocławski spacer od krasnala do mostu
Wrocław serwuje mieszankę gotyckich katedr, stu mostów i setek krasnali rozsianych po zaułkach starówki. Pierwszy kontakt -Rynek z bajecznie kolorowymi kamienicami i późnogotyckim ratuszem. Stąd spacer Mostem Piaskowym na Ostrów Tumski, gdzie gotyckie wieże katedry wieczorami toną w świetle gazowych latarni. Kto lubi miejskie gry, może pobrać mapkę krasnali i ruszyć na łowy – każde znalezione figlarnie mruga do przechodniów. Gdy słońce opada, najlepiej wsiąść na tramwaj wodny i zobaczyć panoramę miasta z poziomu Odry, mijając Most Grunwaldzki i Politechnikę.
Drugi dzień upływa pod znakiem zieleni i wody:
- pergola przy Hali Stulecia i multimedialna fontanna kuszą pokazami światła po zmroku,
- Ogród Japoński pozwala schować się przed upałem w cieniu klonów i bambusów,
- rejsy katamaranem albo wypożyczenie motorówki sprawiają, że Wrocław z wody wygląda jak mała Wenecja – mosty co chwila zmieniają perspektywę.
Na finisz warto posiedzieć przy Wyspie Słodowej – leżaki, food-trucki i akustyczny koncert buskerów to najlepsze pożegnanie z dolnośląską stolicą.
Mazurskie żagle i rowerowa wolność między jeziorami
Woda jest tu absolutnym królem, a żagle pojawiają się na horyzoncie częściej niż chmury. Najprostszy scenariusz to rejs po Szlaku Wielkich Jezior – Śniardwy dają przestrzeń bez kresu, a Mamry kuszą zielonymi wyspami pełnymi ptaków. Ląd? W Giżycku czeka Twierdza Boyen, most obrotowy i wieża ciśnień, które przypominają, że Mazury to nie tylko natura, ale też solidna porcja historii i inżynierskiej fantazji. Wieczorem w Mikołajkach da się posłuchać szant na żywo i spróbować sandacza prosto z patelni – lepiej smakuje tylko wtedy, gdy patrzy się jednocześnie na zachód słońca nad jeziorem.
Drugi dzień warto przeznaczyć na aktywny miks kajaka i roweru. Spływ Krutynią prowadzi przez sosnowe bory i łąki pachnące świeżą miętą, a leniwy nurt pozwala nawet początkującym cieszyć się trasą bez stresu. Gdy ręce dostaną w kość, można przerzucić się na dwa kółka – asfaltowe pętle wokół jezior są płaskie, malownicze i usiane przystaniami z rybnym fast-foodem. Kto szuka szybkiego skoku adrenaliny, ten ma do wyboru wake-park w Mrągowie albo skok wahadłowy w opuszczonej śluzie kanału Leśniewo – kontrast wobec ciszy mazurskich lasów robi wrażenie.
Bieszczadzki spokój na połoninach i nad turkusową Soliną
Tutaj nikt się nie spieszy – nawet wiatr nad połoninami wydaje się chodzić na luzie. Poranek najlepiej zacząć na szlaku Połonina Wetlińska czy Caryńska wynagradzają każdy litr potu panoramą gór po horyzont. Schodząc do doliny, warto zahaczyć o Bacówkę PTTK i spróbować proziaków z masłem czosnkowym – ciepłe ciasto przy górskim wietrze smakuje jak nagroda sezonu. Na dole czeka Solina – monumentalna zapora, marina z bieszczadzkimi „statkami pirackimi” i wypożyczalnie rowerów wodnych, które pozwalają poczuć się jak kapitan własnej, małej armady.
Drugi dzień podpowiada, by skoczyć na gondolę łączącą Solinę z Jaworem. Widok tafli jeziora przecinanej rufami jachtów zostaje w głowie na długo. Po zjeździe warto odwiedzić skansen w Sanoku albo przynajmniej lokalny browar w Uhercach – kraftowy „Bieszczadzki Mgławiec” ma swoich wiernych fanów. Wieczorem ognisko nad brzegiem zbiornika, gitara i gwiazdy tak jasne, jakby ktoś zgasił wszystkie miejskie latarnie – to najbardziej bieszczadzki sposób na zakończenie weekendu.
Jurajski szlak skał i rowerowych serpentyn
Gipsowe skałki, zamki na białych wapiennych ostańcach i lasy pachnące jałowcem – Jura to gotowy plan na szybki reset. Start w Ogrodzieńcu – ruiny rozrzucone między skałami wyglądają jak teatralna scenografia, a z zamkowej baszty można wypatrzyć kolejne warownie Szlaku Orlich Gniazd. Potem kierunek Podlesice – tu czekają wspinaczkowe drogi o wszystkich trudnościach i szkolne grupy ćwiczące węzeł ósemkę. Dla mniej odważnych Jaskinia Łokietka oferuje podziemny chłód i legendę króla ukrywającego się przed Czeskimi wojskami.
Drugie pół weekendu to rowerowy skok przez dolinki podkrakowskie. Asfaltowe serpentyny wiją się między ostańcami, a punkty widokowe nad Doliną Prądnika proszą o fotostop co kilometr. Po drodze można zatrzymać się na pierogi z mięsem w karczmie przy zamku w Pieskowej Skale albo złapać oscypka z grilla w Złotym Potoku. Wieczorem, przy ognisku w polu namiotowym pod Bobolicami, średniowieczne mury na horyzoncie sprawiają, że łatwo poczuć się jak bohater lokalnych legend.
Zamkowy Dolny Śląsk pełen tajnych przejść i winnic
Jeśli kochasz mury pachnące historią, Dolny Śląsk to Disneyland dla dorosłych. Zamek Książ wita barokowymi tarasami wiszącymi nad głębokim wąwozem Pełcznicy – królowa Daisy ponoć spacerowała tu z chartami, a dziś można zejść do podziemi, które skrywają tajemnice III Rzeszy. Następna stacja to Czocha – twierdza jak z powieści Tolkiena, z ukrytą biblioteką obracającą się wokół własnej osi i tajnym przejściem schowanym za kominkiem. W ciągu dnia warto zatrzymać się w zamkowej kawiarni na sernik podawany w sali rycerskiej – nawet kawa smakuje tu bardziej epicko.
Na finał – Bolków, średniowieczny twardziel z wieżą w kształcie kropli. Droga na blanki jest stroma, ale panorama Karkonoszy na szczycie wszystko wynagradza. Po zwiedzaniu można usiąść pod murami i posłuchać, jak przewodnik opowiada o festiwalu Castle Party, gdy gotycka muzyka wypełnia dziedziniec. Kto ma jeszcze zapas energii, może zjechać do pobliskiej Srebrnej Góry i przejść fragment monumentalnej twierdzy albo spróbować lokalnego wina z winnic okolic Świdnicy – Dolny Śląsk zaskakuje, jak wiele ma do zaoferowania poza samymi murami.
Podlaskie kładki, żubry i kolorowe okiennice wśród pól
Dzikie serce Europy wita ciszą, która przerywana jest jedynie klapaniem bocianich skrzydeł. Weekend warto zacząć od wizyty w Rezerwacie Pokazowym Żubrów, gdzie królują potężne symbole regionu. Potem muzeum przyrodnicze w Białowieży zdradza sekrety wiekowych dębów, by zaraz wypuścić zwiedzających na ścieżkę Żebra Żubra prowadzącą w głąb pierwotnego lasu. Podlaskie kładki ułatwiają spacer w zielonej gęstwinie, a cerkiewne kopuły w Hajnówce przypominają o wielokulturowej historii tych stron.
Drugiego dnia warto złapać rower lub drezynę i ruszyć przez drewnianą Krainę Otwartych Okiennic. Malowane szlakami okiennice w Trześciance czy Soce tworzą bajkowy krajobraz i świetnie wychodzą na zdjęciach. Po drodze można spróbować sękacza pieczonego nad ogniem i miodu z lokalnych pasiek, a na koniec dnia popłynąć kajakiem leniwą Narwią. Wieczorem, przy ognisku w puszczańskiej agroturystyce, łatwo zapomnieć o miejskim pędzie i wsłuchać się w rechot żab dochodzący z bagien.
Kazimierskie lessowe wąwozy i wiślany luz artystycznego miasteczka
Miasteczko z renesansowych pocztówek wciąż przyciąga artystów jak miód pszczoły. Poranny gwar na Rynku miesza się z zapachem świeżych kogutów z ciasta, a kolorowe kamienice Przybyłów aż proszą, by unieść wzrok. Warto wspiąć się na Górę Trzech Krzyży – panorama rzeki i wiślanych łach zmienia perspektywę. Po drodze ruiny zamku z basztą pozwalają rzucić okiem na historię handlowego boomu miasta, a spacer wąwozem Korzeniowy Dół pokazuje, że natura potrafi tworzyć lepsze galerie niż człowiek.
Popołudnie najlepiej upływa nad Wisłą:
- krótki rejs białą flotą odsłania Kazimierz z wodnej strony,
- bulwar zaprasza do leniwej przejażdżki rowerem w stronę Mięćmierza,
- zachód słońca z punktu widokowego Albrechtówka maluje rzekę na złoto.
Wieczorem w jednej z galerii można trafić na wernisaż, a przy kieliszku lokalnego cydru łatwo dać się wciągnąć w rozmowy o sztuce i życiu „jak z filmu na pięć klapsów”.
Suwalskie pagórki lodowcowe i hańczańska głębia
Polodowcowa Suwalszczyzna wygląda, jakby ktoś rozsypał pagórki i jeziora z niebieskiego opakowania LEGO. Baza wypadowa w Turtulu oferuje ścieżki edukacyjne prowadzące przez mozaikę łąk, oczek wodnych i głazowisk. Góra Zamkowa zdradza jaćwieskie tajemnice, a widok czterech otaczających ją jezior robi efekt „wow” nawet starym wyjadaczom górskich panoram. Dalej trasa prowadzi na punkt widokowy Smolniki – o wschodzie słońca krajobraz przypomina akwarelę pełną pastelowych barw.
Drugi dzień warto oddać wodzie i kamieniom. Spacer kładką nad najgłębszym w Polsce Jeziorem Hańcza pozwala podziwiać krystaliczne tony wody, a chwilę później oz Turtulski pokazuje, jak lodowiec potrafił ułożyć ziemię niczym naleśnik.
Ciekawe miejsca, które kuszą:
- Czarna Hańcza kusi spływem kajakowym w cieniu olch,
- Głazowisko Bachanowo to polskie „Stonehenge” z narzutowców wielkich jak Fiat 500,
- na deser Góra Cisowa, czyli suwalska Fudżijama, serwuje wypieki z jagodami w przydrożnym gospodarstwie.
Wieczorem nad ogniskiem słychać tylko trzask drewna i dalekie pohukiwanie sów – „Bieszczady Północy” w najczystszej odsłonie.
Stołowe labirynty, zdrojowe parki i kaplica pełna historii
Stoły przyjmują turystów z rozmachem prostej geometrii i fantazją skalnych labiryntów. Pierwsza misja to zdobycie Szczelińca Wielkiego – 665 schodów, nagrody w postaci tarasu widokowego i słynnych formacji Diabelska Kuchnia czy Mamut. Chwilę później Błędne Skały prowadzą wąskimi korytarzami, w których plecak trzeba czasem nieść nad głową. Kudowa-Zdrój, z Parkiem Zdrojowym pachnącym tężnią i kapelą grającą pod muszlą koncertową, daje oddech między wędrówkami.
Niedziela miesza historię, przyrodę i lekką nutę tajemnicy:
- Kaplica Czaszek w Czermnej przypomina o ulotności chwili,
- Szlak Ginących Zawodów pokazuje, jak pachnie świeżo wypieczony chleb i jak brzmi młot w kuźni,
- Fort Karola i Droga Stu Zakrętów serwują motocyklowy sen na jawie, a przy okazji kilka punktów widokowych na całą Kotlinę Kłodzką.
Po południu warto zamknąć weekend w kawiarni przy Parku Zdrojowym, popijając wodę mineralną prosto ze zdroju i patrząc, jak słońce chowa się za falą piaskowcowych stołów.
Roztoczańskie lasy, rzeki i koniki w galopie
Roztocze pachnie żywicą, świeżo warzonym piwem i letnim wiatrem szeleszczącym w bukowych lasach. Najlepiej zacząć od Zwierzyńca – barokowy Kościół na Wodzie odbija się w Stawach Echo, a kilka kroków dalej browar serwuje złocisty klasyk prosto z tanku. Spacer do drewnianej wieży widokowej na Białej Górze pokazuje, jak daleko sięga zieleń Roztoczańskiego Parku Narodowego, a spotkanie z konikiem polskim ma w sobie więcej autentyczności niż niejedno zoo. Po południu można ruszyć rowerem ku Floriance i zajrzeć do zagrody z tymi samymi konikami, które od wieków przecierają tutejsze dukty.
Drugi dzień to miks wody i podziemnych historii. Spływ Wieprzem leniwie prowadzi przez piaszczyste zakola rzeki, a kąpiel w Stawach Echo pozwala zmyć kurz z rowerowych szlaków. Kto szuka adrenaliny, może wybrać się do rezerwatu Czartowe Pole, gdzie kaskady rzeki Sopot tworzą miniaturowe wodospady. Na koniec wizyta w Józefowie i szybki zjazd na tyrolce nad kamieniołomem sprawiają, że Roztocze zostaje w głowie na dłużej niż pamiątkowy magnes na lodówce.
Łódzkie mury z cegły i kosmiczne planetarium
Miasto z czerwonej cegły udowadnia, że fabryczne mury mogą bić artystycznym sercem. Pierwszy krok to Manufaktura – dawny kompleks Izraela Poznańskiego przerobiony na gigantyczne centrum rozrywki, gdzie między sklepami wyrastają muzea i street-foodowe stoiska. Spacer Off Piotrkowską odkrywa murale, concept-store’y i bary ukryte w starych magazynach włókienniczych. Po drodze warto wpaść do Muzeum Fabryki, żeby zobaczyć, jak przędza zamieniała się w złoto dla XIX-wiecznych przemysłowców.
Niedziela w Łodzi odtwarza prąd w dawnej elektrociepłowni EC1. Planetarium serwuje kosmiczny poranek, a interaktywne wystawy Centrum Nauki i Techniki przypominają, że fizyka bywa zabawna. Kto potrzebuje chwili wytchnienia, może przeskoczyć do Księżego Młyna – zrewitalizowanego osiedla robotniczego, gdzie brukowane uliczki i zielone podwórka tworzą wrażenie miejskiej wioski. Dzień kończy kolacja w jednej z restauracji w Monopoli – smak azjatyckiego ramenu pod industrialnym sufitem to definicja łódzkiego kontrastu.
Warmiński Olsztyn, gdzie gotyk spotyka kajak i plażę
Olsztyn łączy gotycką cegłę z wodą tak naturalnie, że kajak na starówce nikogo nie dziwi. Poranne zwiedzanie zaczyna się na rogatkach zamku kapituły warmińskiej, gdzie Kopernik spogląda z ławeczki i przypomina o astronomicznych tradycjach miasta. Kilka kroków dalej Rynek kusi klimatem kafejek, a Wysoka Brama otwiera drogę do brukowanych uliczek pachnących świeżym pieczywem. Gdy słońce stoi wysoko, warto wypożyczyć kajak i spłynąć Łyną – trasa prowadzi pod ceglastymi mostami kolejowymi i przez zielone tunele drzew.
Popołudnie to czas na wodne lenistwo nad Jeziorem Ukiel. Miejska plaża oferuje leżaki, sup-y i knajpki z lokalnym piwem, a ścieżka rowerowa pozwala objechać cały akwen bez zsiadania z dwóch kółek. Jeśli apetyt rośnie, Kraina Wielkich Jezior Warmińskich jest na wyciągnięcie ręki – szybki wypad do Gietrzwałdu po słynną wodę źródlaną czy spacer po zamkowym Lidzbarku Warmińskim przedłuża weekend bez poczucia pośpiechu. Wieczorny koncert w amfiteatrze przy zamku zamyka dzień dźwiękiem warmińskiej gitary akustycznej.
Beskidzkie kolejki, singletracki oraz termalny relaks w Wiśle i Ustroniu
Beskid Śląski to górski plac zabaw z kolejkami linowymi, termami i sporą dawką beskidzkiej gwary. Start w Szczyrku- kolej gondolowa wywozi na Skrzyczne, skąd łatwy grzbietowy szlak prowadzi ku Malinowskiej Skale z widokiem na morze zielonych wzgórz. Zjazd rowerem po singletrackach daje solidny zastrzyk endorfin, a kwaśnica w schronisku regeneruje szybciej niż napój izotoniczny.
Drugi dzień można podzielić między Wisłę i Ustroń:
- w Wiśle muzeum Adama Małysza pokazuje, że skoczek naprawdę miał sprzęt z innej bajki,
- spacer bulwarem nad Wisłą kończy się przy wodospadzie na Wisełce,
- w Ustroniu kolejka na Czantorię ułatwia dostęp do wieży widokowej, a górski roller-coaster zjeżdża w dół w stylu rodzinnej adrenaliny.
Na deser termy w Ustroniu albo piwko rzemieślnicze w Browarze Wisła – kto powiedział, że góry muszą być tylko dla twardzieli? Beskid Śląski udowadnia, że weekend może być równocześnie aktywny, smaczny i totalnie relaksujący.
